|
niedziela, 31 stycznia 2010
Myślę. Oglądam Prime (Serce nie sługa). Piję Malibu. Nierozcieńczone, bo mi mleko nie służy. I myślę, że mężczyźni są żenujący. Jeszcze czegoś nie skończą, a już pakują się w coś nowego. Owszem, generalizuję, ale skala jest tak wielka że nie warto wspominać że są wyjątki. Nim poznałam Ślubnego żyłam w niewiedzy. Mężczyźni byli nieco niepełnosprawnymi istotami ranionymi przez kobiety. Złe kobiety. Pasowało do moich uprzedzeń. Kobiety to wredne manipulantki, a mężczyźni - biedne sierotki. Dziś tak nie myślę. Mężczyźni to niezbyt mądre istoty, które rozumują penisami. Dają się okręcać wokół palców sprytnym kobietom, o których w skrytości marzą. Owszem nie nazywają ich manipulantkami. Dla nich te Muzy są treścią życia, sensem istnienia i radością spełnienia. Trudno im się dziwić - czyż nie można zakochać się w kimś, kto sztucznie podtrzymuje nasze własne przeświadczenie o nadludzkim charakterze naszych wszelkich starań i myśli? A kobiety to potrafią. Gdy wyszłam za mąż, kolejne obce całkiem kobiety dawały mi złote rady - manipuluj, kręć, oszukuj i nigdy ale to przenigdy nie mów prawdy. Bo prawda wyzwala ale tylko w psychologizujących filmach klasy B. Mówimy mężczyznom to, co chcą usłyszeć. Chwalimy, głaszczemy po głowach i dopieszczamy. A im rosną pióra próżności. W Polsce mężczyźni są zakompleksieni więc trudno ich zepsuć nadmiarem komplementów. Związki się kończą (lub przenoszą nad krawędź) gdy kobiety przestają chwalić. W kraju, w którym proporcja kobiet i mężczyzn jest zaburzona zawsze znajdzie się ta, która będzie chwalić. Która powie koleżance "Ty to masz szczęście". Która powie koledze "Żona Cię nie docenia". Żenujący mężczyźni lubią być chwaleni. Za bzdety i większe rzeczy. Od poniedziałku do niedzieli. W dni parzyste i nieparzyste. Na co dzień i od święta. I zawsze znajdą kogoś, kto zechce chwalić. Jeśli kiedykolwiek rozwiodę się, będę musiała pozbyć się złudzeń by iść z kimkolwiek do łóżka. Wyrachowanie nauczę się na nowo chwalić.
poniedziałek, 18 stycznia 2010
Jestem wielką fanką XIX wieku. I fanką literatury też jestem. I naturę mam detektywa. Nie mogłam więc odpuścić sobie nowego Sherlocka Holmes'a, który w piątek wszedł na ekrany naszych kin. I generalnie się zachwyciłam. Robert Downey Jr. wszedł w rolę niesamowitego detektywa z taką klasą i takim talentem że spędziłam w kinie super godziny. I jeśli chwaliłam Go za rolę Tony'eo Starka w Iron menie, to Sherlocku zakochałam się. Uczciwie mówiąc sir Arthur Conan Doyle nie mógł wymarzyć sobie lepszego odtwórcy. Sherlock jest taki jak być powinien - tajemniczy i piekielnie inteligentny, ale też awanturniczy i ekscentryczny. Ani trochę flegmatyczny jak to próbowały nam wmówić telewizyjne adaptacje przygód detektywa. Nadużywa alkoholu, ciągle pakuje się w jakiś bijatyki i jest inteligentny jak ostrze dobrze naostrzonej brzytwy. I te godziny z nim to przyjemność. A jeszcze Guy Ritchie nakręcił to tak, jak za dobrych czasów w Snatchu (no może nie jak w Snatchu tylko jak to tylko On potrafi). Przyprawiono to muzyką Hansa Zimmera (jak ktoś lubi Twierdzę, Gladiatora, Hannibala, Piratów, Batmana czy Madagaskar to wie, o czym mówię) i zdjęciami Phillippe Rousselot (powiem tylko Królowa Margot... nie trzeba nic więcej). I ja już jestem ugotowana. I wiem dlaczego ja tak ten wiek kocham, że mojego zawodowego życia inaczej sobie nie wyobrażam.
Strzeżcie się profesora Moriarty...
niedziela, 17 stycznia 2010
Donoszę uprzejmie, że żyję. I że nie porzuciłam bloga (jeszcze ;D). Robimy ze Ślubnym remont w naszych dwóch pokojach. Wydaliśmy masę pieniędzy, kolejne jeszcze musimy wydać. Na dodatek pękł nam brodzik w kabinie prysznicowej i musimy kupić nową kabinę (taniej wychodzi kupić nową niż dokupić brodzik - masakra tak swoją drogą). Mam nadzieję że w końcu będę miała takie mieszkanie o jakim marzyłam. Gdy wprowadzałam się, moim rodzicom moje pomysły nie podobały się (np. kolorystyka), a ja nie umiałam postawić na swoim skoro pomagali mi finansowo. Okazało się, że Slubny wiele rzeczy czuje podobnie jak ja. Choć działa 300% szybciej niż ja :D Cóż ja bym nie porywała się w styczniu przy minus kilkanaście za oknem na malowanie ścian i bieganie z meblami, książki i innymi. W czwartek przyjeżdża nasze nowe łóżko i dwie szafki dokupione do tych, które już mamy (musimy do piwnicy wyprawić niepotrzebne biurko). Rumunia w małym pokoju została uskuteczniona, choć będę musiała jeszcze wyprasować ubrania, które zawisły w szafie. Jestem zmęczona, a to jeszcze nie koniec. Ale będzie pięknie - więc warto. Chwilowo buziaki!
czwartek, 07 stycznia 2010
Jak na to, że jest zima (której niecierpię), że przeziębiłam się (tego nikt nie lubi) i nie wszystko jest tak jak być powinno to zdecydowanie jest nieźle. Staram się do swoich obowiązków podchodzić z większym zapałem (i nie odkładać wszystkiego na później, żeby nie mogło się zemścić w przypadku deadline'ów). Nie piję kawy (a tym samym mleka), herbatę z cytryną i cukrem zaserwowałam w chwili kryzysu cukrowego, który przezyłam wczoraj wieczorem. Czuję że muszę stworzyć jakiś sensowny plan dietetyczny, bo na spontaniczne przepisy kulinarne nie mam pomysłu. To zdumiewające jak trudno zmienić styl życia (szczególnie jeśli mówimy o zmianie na lepsze a nie na gorsze - w drugą stronę zawsze idzie łatwiej). Nie ważę się narazie za sprawą braku małej bateryjki, która w wadze umarła, ale czuję się dobrze i lekko co mam nadzieję - zmotywuje mnie do dalszych zmian. Zima spędzana w domu, w ciepłym mieszkanku z kubkiem zielonej aromatycznej senchy jest do zniesienia. Nawet dla takiego malkontenta pogodowego jak ja.
poniedziałek, 04 stycznia 2010
Miło jest zobaczyć film w hollywoodzkim stylu, z budżetem, który może przyprawić o zawrót głowy i efektami, które rozłożą na łopatki, a w którym to główne bohaterki to piękne, dumne, silne i mądre kobiety. Ani szczerym choć prostym mieszkankom Pandory - szamance Moha i jej córce Neytiri, ani wykształconej dr Grace Augustine, ani walecznej pani komandos Trudy Chasone nic zarzucić nie można. A że film naiwny i od pierwszych scen przewidywalny? A że romans wisi w powietrzu od spotkania głównych bohaterów? A że James Cameron to twórca legendarnego Titanica z Di Caprio i Winslet? Mam to w nosie. Zasiadając dziś w kinie w zabawnych okularach 3D nie czekałam na głębię dialogów i filozofię, którą będę mogła przemyśleć jeszcze w domu. Zasiadając dziś w kinie chciałam widowiska. Dostałam bonusowo fantastyczną muzykę i wyraziste kobiety, których mi ostatnimi czasy w Hollywood brakowało. A tak poważnie - czy nie jest naiwny ten, kto szuka się w takiej superprodukcji filozoficznej głębi?
niedziela, 03 stycznia 2010
Całe długie lata myślałam, że moi rodzice mają rację. Krytykowali mnie - przecież dałam im powody. Czepiali się mnie - przecież zasłużyłam. Mam tę przypadłość, że zawsze jestem winna (co zabawne syn tych samych rodziców, mój młodszy brat, zawsze był niewinny a wszystkie nieszczęścia, które na niego spadały były efektem działań kogoś innego). Enyłej, z żalem muszę powiedzieć, że moi rodzice często się mylą. Mylą się przy tym szkodliwie i mam nadzieję, że jeśli te moje 15% da owoce i będę mieć kiedykolwiek dzieci to nie popełnię ich błędów (nie żebym planowała nie popełnić błędów wcale, popełnię ich całkiem sporo, ale jednak mam nadzieję nie popełnić tych, które mnie poprzestawiały kręgi kręgosłupa). Cóż, Karmen, miałaś rację, gdy rozmawiałyśmy kiedyś-kiedyś na temat patologii naszych rodzin. Co ciekawe zauważyłam dziś coś jeszcze. Moi rodzice są zazdrośni o wpływ jaki na mnie ma mój Ślubny. Życie jest dziwne. Mój Ślubny się wścieka, że dorosłego brata traktuję jak dziecko (co On tylko wykorzystuje) i w wielu rzeczach wyręczam choć Młody nie raz mnie zawiódł. Brat jest zły, że nie ma na mnie wyłączności w wyręczaniu, bo jest Ślubny który się wścieknie i nie pozwala mi czegoś tam zrobić. Ślubny na początku był zły, że z niemal wszystkim biegłam do mamy po radę (przestał być zły, bo i przestałam to robić). Mama jest zła, że nie biegam już do niej po radę i generalnie częściej manifestuję swoje zdanie odmienne od jej zdania. Ogólnie rodzice są źli gdy parę razy Ślubny stanął po mojej stronie gdy Oni uważali że mają absolutną rację. I w tym wszystkim jestem ja. Zaczyna do mnie docierać, że mam prawo mieć inne zdanie. Że moi rodzice nie mają wyłączności na rację. I że często jest na mnie wściekły ktoś, kogo wcale nie sprowokowałam. Oszałamiająca to wiedza. Czyżby rana po pępowinie zaczynała się w końcu goić?
sobota, 02 stycznia 2010
Wraz z Nowym Rokiem w ludzi wchodzi jakaś magiczna siła i wiara, że wszystko będzie dobrze. Że życzenia szeptane w Sylwestrową noc spełnią się, a najbliższe 12 miesięcy ułoży się lepiej niż 12 poprzednich. Powtarzam sobie, że marzenia muszą przerodzić się w plany, bo tylko te ostatnie udaje się realizować. Postanowiłam na ten rok stworzyć swój program małych kroczków. Rozbijając plan na pomniejsze etapy nie tylko łatwiej ogarnąć otaczającą rzeczywistość, nabawić się optymizmu widząc jak kolejne etapy się realizują ale i rzeczywiście ułatwić planom spełnienie. Bo przecież jeśli trudno ot tak zgubić 20 kg, to już schudnąć 4 przed kolejną wizytą w szpitalu wydaje się do zrealizowania. A z kolei zgubienie w styczniu owych 4 kg zmotywuje lepiej do zrzucenia kolejnych 16 (znów podzielonych na mniejsze porcje). Mam trudną naturę. Skrzydła realizacji wielu różnych przedsięwzięć podcina słomiany zapał i brak systematyczności. Może uda mi się z tym powalczyć w tym roku? Teraz jestem na etapie spisania planów na 2010. Sporo tu spraw z życia osobistego, sporo z zawodowego. Musi się udać. Robię porządki na moim komputerze. Na ślub planowaliśmy zrobić pokaz na wyświetlaczu naszych dobrych życiowych momentów od poznania do dziś. Pomysł generalnie umarł naturalną śmiercią ale dzięki niemu przypomniałam sobie nagrania moich zagranicznych popisów. Mam takie dziwne wrażenie, że z bardzo osobistego powodu lubię kawałek Davida Guetta i Akona... W życiu ważne by istotnych decycji dokonywać bogatszym o pewne doświadczenia. Oświadczali się mi już kiedyś. Pływałam nago w cudzym basenie. I zrobiłam sporo innych, fajnych głupot. Gdybym miała posumowywać 2009 rok mam pewiem typ co do najlepszego wydarzenia tamtych 365 dni...
piątek, 01 stycznia 2010
No i mamy Nowy Rok. Listę marzeń i planów. Nowe kalendarze i plannery. 12 miesięcy na zmiany i porządki. 1 stycznia zapominamy, że jesteśmy o rok starsi. Że do naszej kobiecej oszukanej (albo zatajonej) metryczki doszedł kolejny rok. 1 stycznia pamiętamy tylko o 12 miesiącach nowych szans. Starałam się spędzić Nowy Rok jak najlepiej. W rezultacie nie wyszłam z łóżka. Jako istota seksualna (mam całkiem sporo testosteronu co by tłumaczyło zapping po kanałach telewizyjnych i myślenie o seksie 24h/24h) rozpoczęłam 2010 seksualnie (i mam nadzieję że tak samo skończę). Kiedyś posiadanie męża mnie przerażało - pamiętam uwagę kumpeli-mężatki gdy ubolewałam jako singielka nad brakiem fajnego faceta, że mogę korzystać z życia podczas gdy Ona będzie uprawiała seks z jednym jedynym facetem do końca życia. Teraz ja jestem w tej samej sytuacji - jeden jedyny facet do końca życia - i ta sytuacja mnie uszczęsliwia.W łóżku jadłam, piłam i uaktulaniałam kalendarze, a nie tylko uprawiałam seks - zeby nie było. Uaktualniłam kalendarz, niszcząc zeszłoroczny planner. Stworzyłam rodzinny i służbowy spis telefonów. Wyrzuciałam stare rachunki, kwity za nie-wiadomo-co i karteluszki zawsze-zapisane-do-połowy. I obaliłam butelkę wina. No żeby być ucziciwym - dokonczyłam sylwestrowego red Kretikosa i obaliłam 1/4 Faustino VII (fajne winko z Rioja) i 1/4 kataluńskiego Sangre de Torro. I tak sponiewierana oglądam w TViku Ratatuja i Złego Mikołaja. A za moment zabiorę się za coś francuskiego, żeby wytworzyć dobrą wróżbę na planowany na wiosnę wyjazd do Paryża. Staram się być optymistką, w głowie układam moje coroczne 7 życzeń, które rzadko w 7 życzeń na się ująć. 2010 będzie dobrym rokiem. W zakupionej do ostatniego Zwierciadła książce o numerologii napisano mi tak: "to będzie ważny i ciekawy rok. zostaniesz rozliczony ze swoich poczynań w poprzednich latach. jeśli pracowałeś rzetelnie i uczciwie, czeka cię nagroda i awans. jeśli nie przykładałeś się do obowiązków, możliwe, że konieczne będzie przeniesienie do innej firmy lub przesunięcie na nowe stanowisko. ale pamiętaj wszystkie zmiany w tym roku są korzystne dla ciebie, nawet jeśli początkowo wydawać ci się będzie, że jest inaczej. Sprawy materialne? Twoje inwestycje okażą się trafne, a działalność gospodarcza przyniesie ci spore zyski. szanse roku. spotkasz kogoś, kto nauczy cię mądrze inwestować i pomnażać pieniądze. zdobędziesz uczucia kogoś, kto okaże się twoim ideałem. otrzymasz wysokie stanowisko lub zmienisz pracę na taką, w której będziesz mógł sie wykazać zdolnościami organizacyjnymi. droga rozwoju. naucz się wyrozumiałości, daruj sobie i innym stare błędyi nie myśl o niepowodzeniach. jesli ci się to uda, szczęscie cię nie opuści. przypomnij sobie jakie miałeś marzenia i zacznij od nowa do nich dążyć. tym razem może ci się udać." No cóż. Wiem czego chcę. Zawodowo i prywatnie. Społecznie i towarzysko. Seksualnie i rodzinnie. Dobrze że mamy już 2010.
czwartek, 31 grudnia 2009
Niech Wam się dobrze żyje w tym Nowo-nadchodzącym AD 2010. Niech się sporo wyprostuje, jeszcze więcej ułoży i coś tam pogniecie (bo nie wszystko może być wyprasowane). Bądźcie po prostu szczęśliwi. I zdrowi by szczęściem należycie się cieszyć!
środa, 30 grudnia 2009
Święta z racji kończącego się roku mają dla mnie wymiar refleksyjny. Coś się kończy - coś zaczyna. Ten rok był niezły. Obrona i ślub. Znalazłam też lekarza, który w końcu przejął się moim stanem zdrowia i nie uznał za hipochondryczkę. Ponieważ zdążyłam zrobić wszystkie badania w listopadzie i grudniu chciałam iść do lekarza jeszcze przed Nowym Rokiem. Byłoby fajnie zacząć kolejny etap walki z chorobą właśnie wraz z 1 stycznia. Byłam wczoraj. Profesor uważnie przejrzał wszelkie wyniki badań, zanotował kilka rzeczy i zakomunikował, że skoro priorytetem jest ciąża to musimy fazę diagnostyczną zamknąć ostatnim badaniem - mitycznym HSG. Zapytał czy wyrażam zgodę. Jak mogłabym tego nie zrobić? Ósmego dnia nowego cyklu muszę wrócić do Warszawy, do szpitala. Na obecnym etapie moje szanse by może nie tyle zajść w ciążę ale także utrzymać ją to 15%. Na takiego niusa nie byłam przygotowana. Liczyłam na tabletki na przysadkę, propozycję bym udała się do dietetyka by ustalił mi plan walki z hiperinsulinemią. Ale 15 %? Profesor zapowiedział, że czeka nas ciężka walka. No to plany na Nowy Rok ustaliły mi się same. Wczoraj się popłakałam. Profesor powiedział, że dość niefortunnie byłam prowadzona w Bydgoszczy, a gdy zobaczył że zaszkliły mi się oczy spiesznie dodał, że to już za mną i nie ma co do tego wracać. Może i tak, tylko jak się usłyszy takie 15 % to ma ochotę iść udusić wszystkich tych, którzy mieli mnie w nosie gdy prosiłam o pomoc kilkanaście i kilka lat temu. Z drugiej strony mogłam nigdy nie zostać zdiagnozowaną albo zamianst 15 % mieć 1 albo 0%. Dotąd Los mi sprzyjał, może i nadal będzie. Może wróżba, że będę mamą dwóch synów sprawdzi się. Przy 15% fajnie byłoby chociaż być mamą jednego.
środa, 23 grudnia 2009
Nie czuję w tym roku Świąt. Miały być porządki, kartki, anioły i biżuteria. Jest łapu-capu. Bez kartek, aniołków i biżuterii. Z porządkami na pół gwizdka. W ostatnie dni miało być luźniej ale zemściło się głównie zostawienie na ostatnią chwilę prezentów. Galeria w sobotę, poniedziałek i dziś to stanowczo za dużo nawet jak mnie. Poza tym niefortunne usytuowanie tegorycznych świąt w kalendarzu jakoś zabiło ich magię w pracy. We wtorek miałam normalne zajęcia - studenci karnie pisali kolokwium. Dziś jeszcze musiałam załatwić w pracy służbowe ważne-najważniejsze. Opłaciło się - dostałam pieniądze na wyjazd służbowy. Nie chce mi się obchodzić Świąt, nie chce mi się jechać do rodziny Ślubnego, nie chce mi się generalnie nic. Jestem zmęczona tak jak dawno nie byłam a na przerwę świąteczną zaplanowałam kilka zaległych spraw, z których chciałabym się rozliczyć w styczniu po powrocie do pracy. Czy mi się uda? Pewnie nie. Tak czy inaczej życzę Wam lepszego nastroju niż mój i naprawdę udanych Świąt.
sobota, 19 grudnia 2009
Nie lubię zimy. Nigdy nie lubiłam i pewnie nie polubię. Jak wyrokowałam czarnowidzko w połowie roku, że będzie surowa zima, to znajomi z politowanie pukali się w czoła. No i jest zima, coraz bardziej surowa. A jeśli zestawimy tę paskudną pogodę z tłokiem przedświątecznym to generalnie łatwo zrozumieć delirium, w którym od kilku dni trwam. Jakoś mi w tym roku te przygotowania do świąt nie idą. W domu bałagan, dziś biegałam za prezentami, dalszy ciąg przeżyję w poniedziałek. Bydło w galeriach przechodzi współgalerianom po nogach. Preferencyjnie przejeżdża wózkiem wypełnionym po uszy. Wczoraj miałam Wigilię pracową. Po ludzku, w lokalu. Pierogi były bardzo smaczne, ryba taka sobie ale najważniejsze że nie odchorowałam wieczerzy jak to drzewiej się zdarzało (szczególnie jak organizowano wigilijne spotkania u właścicielki naszej uczelnianej stołówki, która sobie taki wypasiony pokoik wymościłam na zaplaczu tejże stołówki). VIPy życzyły mi sukcesów na nowej drodze życia. Niektórzy nawet wprost mówili o dziecku. Taki lajf - pannie życzą zamążpójścia, mężatce powiększenia rodziny. Gdyby to ode mnie zależało łamanie opłatkiem ogólnie bym odpuściła. No ale nie zależy ode mnie. Dobra koniec smętów tak dla mnie mało charakterystycznych. Aby pozostać w białej stylistyce idę sobie strzelić malibu z mlekiem, bo żeśmy ze Ślubnym wczoraj nabyli (chciałam się zalkoholizować a że w lokalnym sklepie zabrakło Carlo Rossi, Slubny wypatrzył Malibu, które ostatni raz piłam w czasach, gdy jeszcze intensywnie imprezowałam czytaj wieki temu). HO HO HO!
piątek, 11 grudnia 2009
Po kilkunastu latach pielgrzymek po lekarzach, po 3 latach intensywnych badań, ale i lekarskiej spychologii i olewactwa MAM WYNIK. Hiperprolaktynemia. Hiperinsulinemia. Hipercholesterolemia. Ulżyło mi choć w głowie mam mętlik. Teraz muszę odsapnąć. 29 grudnia idę do profesora na konsultacje. Będzie dobrze. Musi.
czwartek, 10 grudnia 2009
Druga tura badań. Człowiek mądrzejszy o pierwszą turę troszkę bardziej wie jak się zachować. Ubiera dres już w domu by ominąć klaustrofobiczną przebieralnię. Oddaje odprowadzającemu do szpitala teściowi płaszcz. A na mikro-sportowe-butki ma reklamóweczkę, którą zabunkruje w torbie pod łóżkiem. Mądrzejszy jest nawet do tego stopnia by zabrać z sobą do szpitala laptopa z blu-wyjściem-na-świat. I nawet przez moment jest przeświadczony, że wszystko będzie lepiej niż poprzednio. A nie będzie. Każą mu przyjść na 7.30. Przychodzi więc na 7.00 by się nie spóźnić. Rejestrację uruchamiają o 8.00. Siedzi więc coraz bardziej zmęczony i patrzy jak niewielkie pomieszczenie zapełnia się ludźmi. Lekarka wzywa go o 8.30. Pyta znów o to, co już w karcie - datę ostatniej miesiączki. Człowiek podaje. Lekarka zapisuje. Aż chciałoby się tę kartę wyrwać jej z rąk i sprawdzić w ilu miejscach inni lekarze 2 tygodnie temu tę datę zapisali. No ale Człowiek jest spokojny. Nie wyrywa. Lekarka każe mu wrócić do poczekalni. Tłum coraz większy. O 8.45 ta sama lekarka wzywa znów, tym razem z walizką. Człowiek radośnie kroczy przed otwarte drzwi. Może minąć przebieralnię (bo dresik na Człowieku, płaszcz u teścia a mikro-sportowe-butki w reklamówce) i od razu udać się na oddział. Podchodzi do stanowiska pielęgniarek. Przedstawia się, a pielęgniarka skupia się na osobie stojącej za Człowiekiem. Mijają minuty, a on nadal stoi ignorowany. Pielęgniarka załatwia sprawę i w końcu zwraca uwagę na Człowieka. Do karty wpisuje wzrost, wagę i datę ostatniej miesiączki. Kiwa głową bo waga za duża. Każe poczekać na korytarzu na zwolnienie łóżka, które Człowiek będzie mógł zająć. Jest godzina 9.30. Człowiek siada więc na jednym z foteli. Wyjmuje kanapkę (pielęgniarka pozwoliła zjeść śniadanie choć kazano mu przyjechać naczczo) butelkę z wodą mineralną. Na korytarzu spotyka kobietę, która była z nim na badaniach 2 tygodnie temu. Ona też czeka na przydział łóżka. Zaczynają rozmawiać o głupotach, tak by czas szybciej płynął. Rozmowę przerywa co jakiś czas telefon kogoś bliskiego. O 12.00 Człowieka wzywa kolejny lekarz. Każe zostawić wszystkie rzeczy na korytarzu i udać się za nim do jednego z gabinetów. USG. Lekarz jest ujmująco miły. Kojarzy nawet Człowieka choć poprzednim razem minęli się tylko na korytarzu. Cierpliwie tłumaczy co będzie robił. Zagaduje, by Człowiek rozluźnił się. I Człowiek rozluźnia się. Dwa tegodnie temu lekarze, (a właściwie lekarki) na których trafił byli opryskliwi. Ten - to miła odmiana. Znów pytanie o datę ostatniej miesiączki. Po USG Człowiek wraca do swoich bagaży na korytarz. O 12.30 Człowieka wzywa do siebie lekarka. Bagaże znów zostają na korytarzu (tym razem bez niczyjego nadzoru). Lekarka w innym gabinecie dokonuje badania ginekologicznego. Pyta o USG z czerwca. Człowiek mówi, że otrzymał ostatnio wyniki cytologii. Lekarka nie chce świstka oglądać, informuje, że potrzebuje tylko informacji o grupie. Człowiek nie drąży tematu. Lekarka zerka do karty chłodno mówi, że Człowiek cierpi na hiperinsulinemię. Że nie jest to jeszcze prosta droga do cukrzycy, ale. Że skoro jest otyłość, to otyłość trzeba leczyć. Że choć Człowiek nie kwalifikuje się jeszcze na leczenie, to powinien zadbać o dietę. I na koniec mówi, że jutro Człowiekowi zrobią biopsję i wyjdzie do domu. Człowiek zaskoczony przebąkuję o trzech dniach badań, że profesor mówił, że to będą znów trzy dni... Lekarka odpowiada, że nie ma żadnego powodu dla którego pacjent miałby zostać w szpitalu do soboty. Człowiek w jeszcze większym zaskoczeniu pyta o HSG (histerosalpingografia), że miał mieć. Że Profesor kazał zrobić. Lekarka przegląda kartę mówiąc że nie zostało to badanie zlecone i wówczas oczom lekarki i Człowieka pojawia się karta na której ktoś zamaszyście dopisał HSG? i zakreślił to w kółko. Lekarka zagryza wargi i mówi, że dowie się co z badaniem. Człowiek ma wrócić na korytarz, do bagaży i nadal oczekiwać na wolne łóżko. Po kilku minutach lekarka na korytarzu przy wszystkich informuje, że HSG będzie robione następnym razem jako badanie które trzeba wykonać na początku cyklu. Jest 13.00. Pani sprzątająca informuje, że łóżko jest przygotowane. Człowiek zajmuje łóżko w pokoju, w którym nikt specjalnie nie jest zainteresowany jego osobą. Trzy pacjentki leżą ze sobą kolejny dzień. On jest nowy. Dziś wieczorem pobiorą mu krew. Jutro zrobią biopsję. Dadzą wyniki USG. Pojedzie do teściów bogatszy o wiedzę, że cierpi na otyłość. Wiedza z pierwszej tury miała mu się przydać, a okazała się gówno warta. Więcej dowie się jak pójdzie na prywatną wizytę do lekarza prowadzącego. To znaczy ma nadzieję, że dowie się więcej. Dziś też miało być lepiej niż ostatnio. A wcale nie jest.
sobota, 05 grudnia 2009
Sezon prezentowy uważam za rozpoczęty. W sklepach full. W portfelu zakładki co na co. Ja jak zwykle w grudniu w szczerym polu. Szukam weny, bo artystyczna potrzeba ekspresji we mnie głośna. Szykuję się do kartek, znów zachorowałam na biżuterię hand-made i na dodatek naszło mnie takie licho wewnętrzne na twórczość nieco bardziej wydumaną pokroju aniołów z masy solnej. Naszło intensywnie bo właśnie licytuję farbki na allegro niczym małe dziecko. Kupiliśmy prezenty dla rodziny Ślubnego. I znów się okazało, że tylko niepotrzebnie kłopot im robimy. Ślubny ma dwóch braci, a oni swoje rodziny i mimo, że dzieci w sumie jest piątka to nie ma zwyczaju by obdarowywać wszystkie osoby. Regularnie prezenty dostaje jeden syn jednego brata (bo wujek jest jego ojcem chrzestnym) i córka drugiego (bo w wyniku rewanżu i jej chrzestnym jest wujek). Pozostałe dzieci dostają prezenty od rodziców i pieniądze od dziadków. W moim domu prezenty robimy sobie wzajemnie i moi rodzice nie odpuszczają sobie mimo, że mój brat ma 27 lat a ja 32. Pewnie dlatego tak trudno mi zrozumieć antytradycję rodzinną w domu Ślubnego. Obaj bracia Ślubnego mają żal że się wygłupiamy (czytaj: kupujemy prezenty), bo to tylko kłopot dla nich - przecież trzeba się zrewanżować. Żenła do kwadratu. A skoro sezon rozpoczęty - wirtualnych przyjaciół zachęcam do zostawienia na mojej skrzynce pocztowej adresu pod który świąteczny dorobiazg będę mogła wysłać. Ho ho ho amigos! 1. seventy-seven[at]gazeta[dot]pl 2. nika_blue[at]gazeta[dot]pl 3. mail prywatny, którego nie podaję bo jest zbyt prwatny :)
wtorek, 01 grudnia 2009
Żyję. Mam się powiedzmy-że-nie-najgorzej. Badania przeżyłam, choć przy pobieraniu 17 fiolki krwi mój organizm odmówił współpracy z personelem medycznym. Nie ma co się jeszcze cieszyć, że przeżyłam, bo 10 grudnia wracam do szpitala na drugą turę. Bonusowo zabroniono mi uprawiać seksu co czyni prawdopodobnym, że poddadzą mnie nie tylko badaniom krwi, ale i biopsji albo osławionemu HSG (histerosalpigografia). Pobyt na oddziale endokrynologii ginekologicznej pozwala zastanowić się nad samą sobą. Efektem moich dywagacji jest nowa dieta i powrót w ramiona mojego nowego-starego przyjaciela orbitreka. Mam poczucie zmarnowania czasu. Pierwszy raz poszłam do endokrynologa mając 16 lat. Miałam podobne objawy jak dziś. Wówczas zrobiono mi badanie tarczycy, a jako iż wynik miałam dobry, lekarze uznali moją mamę za wyrodną matkę, która wmawia zdrowemu dziecku chorobę. Trzy lata temu doszły mi objawy ginekologiczne. Zbadano mi poziom hormonów, zapisano antykoncepcję i uznano za zdrową. Mam zbyt wysoki poziom prolaktyny i kortyzolu. Jestem chora. Tak twierdzi jeden lekarz, podczas gdy kilkunastu powtarzało, że jestem hipochondryczą. I bądź tu człowieku mądry... Chwilowo jednak staram się nie myśleć o tym, co będzie 10 grudnia. Chwilowo wiem tylko, że brak mi seksu i cukru. Idealny deficyt jak na młodą mężatkę.
czwartek, 19 listopada 2009
Człowiek szczęśliwy żyje chwilą, bo chce żyć wiecznie. W poniedziałek idę do szpitala walczyć o moją nieśmiertelność. W końcu.
środa, 11 listopada 2009
"Świat jest pełen niesprawiedliwości. Bankier może napisać zły poemat i nic. A niech tylko poeta spróbuje wypisać zły czek" (Thomas Stearns Eliot) Na studiach, na zaliczenie zajęć z literatury musiałam przygotować według pewnego modelu streszczenia kilkunastu lektur. Czytanie było zawsze moją pasją ale niestety etykietkowanie książek jako lektur podjudzało mój opór. I kiedy inni tworzyli komitet kolejkowy by zdobyć kolejną pozycję do opracowania, czytałam coś innego. Miałam na roku prymuskę, która otrzymawszy listę lektur jeszcze tego samego dnia szła do biblioteki by wypożyczyć co się tylko uda. Tym sposobem pracowita Agnieszka miała opracowania gotowe na długo przed resztą roku. A że przy okazji nie lubiła się dzielić z innymi owacami własnych działań - nam to nie pomagało w żaden sposób. Moje streszczenia opracowywałam w weekend poprzedzający oddanie dossier. Podstawą były wszelkie możliwe streszczenia jakie udało mi się znaleźć (do dziś jestem dumną posiadaczką Nędzników w wersji kilku tysięcy słów). Tydzień później wykładowca oddał nasze opracowania. Ku mojemu zdumieniu zostałam okrzyknięta autorką najlepszego dossier. Prymuska Agnieszka dostała czwórkę. Moją nagrodą oprócz oceny było zwolnienie z przygotowania podobnego dossier w kolejnym roku. W ostatni wtorek dostałam pochwałę za pracę, którą wykonywałam w wakacje. Pochwale i wysokiej ocenie towarzyszył zastrzyk finansowy. Czy napracowałam się nad tym najbardziej z wszystkich osób w sprawę zaangażowanych? Nie. Choć tym razem (a nie jak w przypadku lektur) napracowałam się całkiem sporo. I zajmując się tym samym przedsięwzięciem za rok, napracuję się bardziej. Bo sprawiedliwość to głównie sprawa sumienia.
piątek, 30 października 2009
Starzeję się. 2 listopada stukną mi 32 lata. Wraz z 30stką wyluzowałam się. Mam wrażenie, że to mój dobry czas - nawet nie tylko zawodowo ale ot tak po ludzku jako kobiety. Jestem bardziej świadoma, bardziej optymistyczna, bardziej kompletna. Może to po prostu dobry czas dla kobiety? Świadoma dobrych stron, przepelniona dojrzałą spełnioną kobiecością przykuwa ludzi jak magnes? Płeć brzydka podrywa bardziej niż kiedykolwiek. Płeć piękna bliższa mi niż kiedykolwiek. I seks uprawiam częsciej niż kiedyś. Dojrzałość ma dobre strony. Ubrana w seksowny urok spełnionej kobiety. Nie znalazłam jeszcze półki na którą chciałabym wejść w tym roku, choć coś tam jednak mnie kusi bardziej niż pozostałe... Kiedyś było tak:
A teraz jest tak:
W życiu najbardziej lubię nieprzewidywalność. Hapi-berzdej-tu-ju. |
Ostatnie notki
Zakładki:
* KOBIETO PUCHU MARNY
CZAROWNICE
PANIE
PANOWIE
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||